SPRAWDŹ JAK SKUTECZNIE WEJŚĆ NA KILIMANJARO
(5895 m n.p.m.)

Ebook jest przewodnikiem i poradnikiem pomagającym zdobyć szczyt będący przedmiotem marzeń i celem turystów z całego świata. 

W przewodniku znajdziesz relacje z każdego dnia wyprawy po Kenii i Tanzanii.  Otrzymasz także wskazówki, dzięki którym zwiększysz swoje szanse na zdobycie Kilimanjaro. Każdy bowiem dzień prowadzić będzie do celu jakim jest wejście na najwyższą górę Afryki.  

Cena w przedsprzedaży:

  • ebook – 39 zł 
  • audiobook – 39 zł
  • ebook + audiobook – 59 zł

CO DA CI TA KSIĄŻKA?

  • Marzysz o wejściu na Kilimanjaro, ale się boisz?
  • Nie wiesz co Cię tam może spotkać?
  • Nie wiesz jak się do tego przygotować?
  • Nie wiesz czy w ogóle do tego się nadajesz? 
  •  Chcesz zwiększyć swoje szanse na zdobycie legendarnej góry? 

Jeśli bijesz się z myślami i zadajesz sobie te pytania, to w moim ebooku
znajdziesz na nie odpowiedzi.
Byłem tam, wszedłem na szczyt i wiem dlaczego mi się udało!
TY TEŻ MOŻESZ TO ZROBIĆ!

PRZEDSPRZEDAŻ KOŃCZY SIĘ ZA

DNI
GODZINY
MINUTY
SEKUNDY

OTO POCZĄTEK EBOOKA

Był styczeń roku 2006. Samolot z Warszawy do Amsterdamu odlatywał o świcie. Siedmiu facetów z resztką snu na twarzy i ze stresem w oczach zaczęło realizować misterny plan wrzucenia wszystkiego na luz. Wprawdzie każdy zastanawiał się jak to będzie, gdy Kilimanjaro zechce dać nam odpór, ale to miało stać się dopiero za dwa tygodnie. Istniała więc nadzieja, granicząca z pewnością, że czternaście dni pobytu w innym świecie doda nam sił do walki z wysokością pięciu tysięcy ośmiuset dziewięćdziesięciu pięciu metrów i śladową zawartością tlenu.

Na najwyższą górę Afryki mieliśmy zacząć wchodzić po dwóch tygodniach safari po Kenii i Tanzanii. Nie miałem wówczas jeszcze świadomości, że te czternaście dni okaże się kluczowe dla zdobycia Uhuru Peak.

Na razie pod skórą czaił się niepokój o ewentualne skutki szaleństw miejscowej flory bakteryjnej oraz o wątpliwą przyjemność spotkania komara, który napił się był właśnie afrykańskiej krwi z dużą domieszką malarii.

Ponieważ ani flora, ani też komary nie przepadały za alkoholikami, więc na czas czterech tygodni postanowiliśmy nimi zostać. Wiozłem już ze sobą pół litra krupniku na miodzie ale byłem przekonany, że taka objętość na pewno nie wystarczy na ten czas. Na lotnisku w Amsterdamie kupiłem więc bardzo praktyczną butelkę ginu. Opakowanie zrobione było z grubego plastiku. Idealna rzecz na afrykańskie klimaty. Butelka była lekka a jednocześnie odporna na poniewieranie plecakiem. Gin miał czterdzieści siedem procent alkoholu. Nie wiedziałem tylko, iż czysty gin nie jest jednak tym samym co gin z tonikiem, który czasem zdarzyło mi się wypić. 

Siedząc na lotnisku w samolocie z Amsterdamu do Nairobi po raz ostatni spojrzałem na szarość holenderskiej zimy. Ekran monitora w oparciu siedzenia wyświetlił informację, iż oto znajdujemy się na wysokości siedmiu i pół metra poniżej poziomu morza. Droga na szczyt, mająca wyprowadzić mnie z zimowej depresji, okazała się – przynajmmniej chwilowo – tę depresję powiększać.

Po kilku minutach od startu samolot przebił się przez wyjątkowo gęstą warstwę chmur i zaświeciło słońce. Od tej pory miało już walić w głowę niemal na okrągło. Zaopatrzony w kremy z faktorem trzydzieści i pięćdziesiąt czekałem na uderzenie gorącego powietrza, jakim zwykle dostaje się w twarz po wyjściu z samolotu w ciepłym kraju. Boskie uczucie.

Mniej więcej po godzinie lotu w dole pojawiły się Alpy. Cóż z tego, że ośnieżone. W Afryce – jak to w styczniu – śniegu miało nie być. Z wyłączeniem najwyższej góry kontynentu, która była naszym głównym celem. Mieliśmy podeptać legendarne śniegi Kilimanjaro. Lub też raczej to, co z nich zostało.

Gdy zaczęło zmierzchać i zrobiło się blisko Kenii czyli także Kilimanjaro samolot zszedł na wysokość sześciu tysięcy metrów. Na monitorze zawieszonym pod sufitem wyświetlała się między innymi temperatura na zewnątrz. I okazało się, że na tej wysokości, mniej więcej pośrodku Afryki, jest teraz -10 stopni. A więc przynajmniej takiego mrozu można się było spodziewać na szczycie Kilimanjaro. Dobrze było wiedzieć.

Gdzieś nad południowym Sudanem lub też północną Kenią słońce w końcu  zaszło i w Nairobi samolot dotknął pasa już wieczorem. Ponieważ jeden z bagaży nie doleciał, spędziliśmy pierwsze półtorej godziny czasu afrykańskiego – liczonego w zupełnie innym tempie – na lotnisku w oczekiwaniu, aż Mateusz, który stanął na końcu kilkunastoosobowej kolejki zgłosi brak piżamy i szczoteczki do zębów.

W końcu dotarliśmy do hotelu po dwadzieścia dolarów za noc. Taki nasz dwugwiazdkowy standard. A może nawet i jedno. W każdym razie z kranu ciurkała woda a nad łóżkiem wisiała moskitiera. Więcej – prócz kolacji – nie było mi trzeba. Wyszliśmy więc – już późnym wieczorem – na miasto w poszukiwaniu czegoś zjadliwego.

Hotel stał w centrum więc ruszyliśmy główną ulicą miasta w stronę dzielnicy knajp i rozpusty. Nie czuliśmy się tak całkiem zagubieni jak te dzieci we mgle, bo Krzysiek – nasz pilot – spędził w Afryce ostatnich dwanaście lat. Był więc już nie raz w Nairobi i nie tylko tu. I miał doświadczenie.

Szliśmy więc pustą, szeroką i ciemną ulicą wokół której wyrastały miejscowe drapacze chmur oraz pomniejsze budynki i wypatrywaliśmy w mroku wakacyjnego luzu, po który w końcu tu przyjechaliśmy. Siedmiu facetów szło w lekko rozproszonej grupie gaworząc jak mali chłopcy, którym Święty Mikołaj przyniósł wreszcie pod choinkę wymarzony prezent.

I nagle Mikołaj się pojawił, choć jak się okazało nie do końca był taki święty, za to zdecydowanie czarny. I faktycznie – jak to ma w swoim zwyczaju – wychynął niespodziewanie i po kryjomu.

Poczułem gwałtowne szarpnięcie. To czyjaś ręka próbowała wyrwać mi saszetkę, jaką zwykle nosi się w czasie wakacji na pasku wokół bioder. Jedna sprzączka łącząca pasek z torebką pękła. Wewnątrz, prócz paru nieistotnych drobiazgów, znajdował się mój paszport.

MOŻESZ TEŻ POSŁUCHAĆ FRAGMENTU AUDIOBOOKA

OTO SPIS TREŚCI

DZIEŃ 1 – “TWENTY DOLLARS ONLY” 

DZIEŃ 2 – NAIROBI TAKIE SOBIE

DZIEŃ 3 – HELL’S GATE

DZIEŃ 4 – W STRONĘ MASAI MARA

DZIEŃ 5 – MASAI MARA NATIONAL RESERVE

DZIEŃ 6 – LAKE NAKURU

DZIEŃ 7 – NA RÓWNIKU

DZIEŃ 8 –  W STRONĘ ABERDARE

DZIEŃ 9 – PARK NARODOWY ABERDARE

DZIEŃ 10 – PIERWSZY ATAK FLORY BAKTERYJNEJ

DZIEŃ 11 – LAKE MANYARA

DZIEŃ 12 – ODMIENNE STANY ŚWIADOMOŚCI 

DZIEŃ 13 – Z NGORONGORO DO ARUSHY

DZIEŃ 14 – NO TO W GÓRĘ

DZIEŃ 15 – HOROMBO HUT CZYLI W PRAWDZIWYCH GÓRACH 

DZIEŃ 16 – DODATKOWY DZIEŃ AKLIMATYZACJI 

DZIEŃ 17 – DZIEŃ, KTÓRY TRWAŁ (PRAWIE) 48 GODZIN

DZIEŃ 19 – OSTATNIE SPOJRZENIE NA KILIMANJARO

DZIEŃ 20 – MY TEŻ JEDZIEMY NA ZANZIBAR

DZIEŃ 21 – ANI DNIA SPOKOJU

DZIEŃ 22, 23, 24 – ALE PLAŻA!

DZIEŃ 25 – WRACAMY DO DOMU

ROZDZIAŁ OSTATNI – ALE KLUCZOWY

W EBOOKU ZNAJDZIESZ DUŻO MOICH FOTOGRAFII
Z TEJ WYPRAWY