Kilimanjaro cz.1 – Samolot do Amsterdamu

Kilimanjaro cz.1 – Samolot do Amsterdamu

Był styczeń. Samolot do Amsterdamu odlatywał o świcie. Siedmiu facetów z resztką snu na twarzy i ze stresem w oczach zaczęło realizować misterny plan wrzucenia wszystkiego na luz. Wprawdzie każdy zastanawiał się jak to będzie, gdy Kilimandżaro zechce dać nam odpór, ale to miało stać się dopiero za dwa tygodnie. Istniała więc nadzieja, granicząca z pewnością, że czternaście dni pobytu w innym świecie doda nam sił do walki z wysokością pięciu tysięcy ośmiuset dziewięćdziesięciu pięciu metrów i śladową zawartością tlenu.

Pod skórą czaił się też niepokój o ewentualne skutki szaleństw miejscowej flory bakteryjnej oraz o przyjemność spotkania komara, który napił się był właśnie murzyńskiej krwi z dużą domieszką malarii. Ponieważ ani flora, ani też komary nie przepadają za alkoholikami, więc na czas czterech tygodni postanowiliśmy nimi zostać. Wiozłem już ze sobą pół litra krupniku na miodzie ale byłem przekonany, że taka objętość na pewno nie wystarczy na ten czas. Na lotnisku w Amsterdamie kupiłem więc bardzo praktyczną butelkę ginu. Opakowanie zrobione było z grubego plastiku. Idealna rzecz na afrykańskie klimaty. Butelka była lekka a jednocześnie odporna na poniewieranie plecakiem. Gin miał czterdzieści siedem procent alkoholu. To miało się jeszcze odbić nie tylko czkawką…

Siedząc na lotnisku w samolocie z Amsterdamu do Nairobi po raz ostatni spojrzałem na szarość holenderskiej zimy. Ekran monitora w oparciu siedzenia wyświetlił informację, iż oto znajdujemy się na wysokości siedmiu i pół metra poniżej poziomu morza. Droga na szczyt, mająca wyprowadzić mnie z zimowej depresji, okazała się – przynajmmniej chwilowo – tę depresję powiększać…

Po kilku minutach od startu samolot przebił się, przez wyjątkowo gęstą warstwę chmur i zaświeciło słońce. Od tej pory miało walić w głowę niemal na okrągło. Zaopatrzony w kremy z faktorem trzydzieści i pięćdziesiąt czekałem na uderzenie gorącego powietrza, jakim zwykle dostaje się w twarz po wyjściu z samolotu w ciepłym kraju… Boskie uczucie…

Mniej więcej po godzinie lotu w dole pojawiły się Alpy.

Cóż z tego, że ośnieżone. W Afryce – jak to w styczniu – śniegu miało nie być. Z wyłączeniem najwyższej góry kontynentu, która była naszych głównym celem. Mieliśmy podeptać legendarne śniegi Kilimanjaro.

Gdy zaczęło zmierzchać i zrobiło się blisko Kenii czyli także Kilimanjaro samolot zszedł na wysokość sześciu tysięcy metrów. Na monitorze zawieszonym pod sufitem wyświetlała się między innymi temperatura na zewnątrz. I okazało się, że na tej wysokości, mniej więcej pośrodku Afryki, jest teraz -10 stopni. A więc przynajmniej takiego mrozu można się było spodziewać na szczycie Kilimanjaro. Dobrze było wiedzieć.

Gdzieś nad południowym Sudanem lub też północną Kenią słońce w końcu  zaszło i w Nairobi samolot dotknął pasa już wieczorem. Ponieważ jeden z bagaży nie doleciał, spędziliśmy pierwsze półtorej godziny czasu afrykańskiego – liczonego w zupełnie innym tempie – na lotnisku w oczekiwaniu, aż Mateusz, który stanął na końcu kilkunastoosobowej kolejki zgłosi brak piżamy i szczoteczki do zębów.

W końcu dotarliśmy do hotelu po dwadzieścia dolarów za noc. Taki nasz dwugwiazdkowy standard. A może nawet i jedno… W każdym razie z kranu ciurkała woda a nad łóżkiem wisiała moskitiera. Więcej – prócz kolacji – nie było mi trzeba. Wyszliśmy więc – już późnym wieczorem – na miasto w poszukiwaniu czegoś zjadliwego. Hotel był w centrum więc ruszyliśmy główną ulicą miasta w stronę dzielnicy knajp i rozpusty. Nie byliśmy tak zupełnie jak te dzieci w czarnej mgle, bo Krzysiek – nasz pilot – spędzał w Afryce ostatnich dwanaście lat. Był więc już nie raz w Nairobi i nie tylko tam. I miał doświadczenie.

Szliśmy więc pustą, szeroką i ciemną ulicą wokół której wyrastały miejscowe drapacze chmur oraz pomniejsze budynki i wypatrywaliśmy w mroku wakacyjnego luzu, po który w końcu tu przyjechaliśmy. Siedmiu facetów szło w lekko rozproszonej grupie gaworząc jak mali chłopcy, którym Święty Mikołaj przyniósł wreszcie pod choinkę wymarzony prezent…

I Mikołaj się pojawił, ale nie święty tylko czarny. Za to faktycznie – jak to ma w swoim zwyczaju – niespodziewanie i po kryjomu. Poczułem nagle gwałtowne szarpnięcie. To czarna ręka próbowała wyrwać mi saszetkę, jaką zwykle nosi się w czasie wakacji na pasku wokół bioder. Jedna sprzączka łącząca torebkę była pękła. Wewnątrz, prócz paru nieistotnych drobiazgów, znajdował się mój paszport…

Dodaj komentarz

Close Menu