fbpx
Kilimanjaro cz.2 – Napad oraz “sex on the street”

Kilimanjaro cz.2 – Napad oraz “sex on the street”

Nie dziwię się, że murzyn wyrósł jak z podziemi. Szliśmy jezdnią prowadząc ciekawą konwersację (może nawet na temat ogromnej liczby napadów na turystów w Nairobi) i nie w głowie było nam zaglądać każdemu tubylcowi w oczy. Do tego na ulicy panował mrok, więc wystarczyło, że murzyn zaatakował mając zamknięte oczy i już zlał się kompletnie z otoczeniem. Gdy poczułem szarpnięcie moja ręka automatycznie rzuciła się na saszetkę i tam skonfrontowała się jego z dłonią. Czarnoskóry zaskoczony moim refleksem i wciąż stawiającym opór paskiem (mimo pękniętej sprzączki) zwolnił uchwyt i dał dyla w mrok.

Dopiero wtedy przystanęliśmy i zadaliśmy sobie niezbyt błyskotliwe pytanie: -Co się właściwie stało?

Po sekundzie ruszyliśmy za murzynem, który znikł za rogiem. Gdy dotarliśmy w to miejsce ujrzeliśmy w niewielkim świetle żarówki wystającej ze ściany budynku trzech ochroniarzy z karabinami. Jak się okazało napadu dokonano obok banku. Wśród nich kręciło się kilku młodych czarnoskórych i wszyscy wyglądali tak samo. Tak samo czarni i tak samo nierozpoznawalni… Yes.

Panowie tylko wzruszyli ramionami i na tym skończyła się ta krótka dyskusja. Ponieważ moja saszetka i paszport szczęśliwie ocalały doszliśmy do wniosku, że nie będziemy ciągnąć tej wymiany zdań, więc tylko dostosowaliśmy się do afrykańskiej konwencji i odpowiedzieliśmy im tym samym gestem. Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę doświadczyliśmy afrykańskiego „pole pole” czyli „powoli, spokojnie, bez nerw”…

I wrzuciliśmy na luz.

Wszystko rozegrało się tak szybko, że mój organizm nie zdążył nawet wstrzyknąć sobie do żyły zwyczajowej w takiej sytuacji porcji adrenaliny. W związku z tym nadal czułem się głodny. Zresztą perspektywa romantycznej kolacji stawała się coraz bardziej interesująca. Tuż po napadzie, w drodze do dzielnicy knajp i rozpusty dostaliśmy się w pod kolejny ostrzał. Tym razem zaatakowały nas stojące wzdłuż ulicy Czekoladki:

-Jambo my friend! Do you want sex? Twenty dollars only!

Dzięki sympatycznemu przyjęciu przez tubylcze mieszkanki Nairobi, zanim doszliśmy do knajpki, poznaliśmy zarówno cennik jak i miejscowe rytuały powitalne.

Na ulicy pełnej zgiełku, alfonsów i prostytutek, w miejscowym lokalu gastronomicznym w formie dużego namiotu i paru stolików zamówiliśmy po steku wołowym (dobrze wysmażonym) i po piwie Tusker, które jak się okazało później królowało w całej Kenii. Tylko nasz pilot zamówił mineralną i tym samym okazał się być totalnym abstynentem co wkrótce miało ułatwić miejscowej florze bakteryjnej  pierwszy z serii wielu udanych ataków na członków naszej grupy.

Gdy tylko odszedł kelner natychmiast przysiadły się do nas Czekoladki z jasnym przesłaniem: -Only twenty dollars…

Mimo wszystko jednak potrafiły być również miłe. Uśmiechały się, czarowały wzrokiem a nawet próbowały na siedząco zacieśnić więzy przyjaźni polsko-kenijskiej. Ponieważ nie byłem tą propozycją zbyt mocno zainteresowany, bowiem szczepienie przeciw żółtej febrze póki co nie chroni również przed AIDS, a z drugiej strony sytuacja wydawała się być coraz bardziej interesująca, przyjąłem więc postawę nierozgarniętego turysty, który nie kuma po angielsku i nastawiłem się na odbiór… Rozpoczął się dialog między mną a Czekoladką bezpośredniej bliskości:

-Ona: Where are you from?

-Ja: Poland

-Ona: Aaa, Poland… (Jej spojrzenie mówiło, że i tak nie wie gdzie to jest)

-Ona: What’s your name  (wymowa [nem])

-Ja: [Aj dont anderrrstend]

-Ona: [Nem] (pokazuje palcem w swoją pierś czarną i bardzo wypukłą)

-Ja: [Aj dont anderrrstend]

-Ona: [Nem] (I wali się w pierś) My name is… (tu padło coś po murzyńsku niezrozumiałego)

… Patrzyłem na nią wzrokiem obywatela, który osiągnął najsłabszy wynik w Narodowym Teście Inteligencji. Zmieniła temat:

-Ona: Do you want me?

-Ja: [łont… ju?]

-Ona: Yes. Do you want me?

-Ja: [Aj dont anderrrstend]

Właśnie minęło pół godziny ustalania kto kogo i za ile, gdy kelner przyniósł dobrze wysmażone wołowe steki, które po potraktowaniu nożem i widelcem okazały się potrzebować dalszego smażenia jeszcze przynajmniej przez tydzień. Na szczęście Mateusz zdobył się na gest i zamówił kolejną kolejkę piwa. Steki stały się łatwiejsze…

Czekoladka wróciła do gry:

-Ona: Do you want me? Twenty dollars only.

-Ja: [du ju łot?]

-Ona: Sex. Twenty dollars.

-Ja: [seks?] (tu zrobiłem zdziwioną minę) [seks? aj dont anderrrstand]

Mimo gwaru knajpy i hałasu z lokali obok, mimo sześciu pozostałych Czekoladek pracujących nad przekonaniem moich kolegów, że dla nas “only twenty dollars” jest “only”, a one za to wyżywią całą wioskę przez miesiąc, zapadła niezręczna cisza…

Po chwili siła amerykańskiej waluty w mojej koleżance Afrykance odżyła:

-Ona: Ok. Ten dollars.

-Ja: [ten dolars? Aj dont anderstand]

-Ona: Ok. Five.

-Ja: [aj… aj… aj…]

-Ona: Sex. Sex. Do you want sex?

Zmarszczyłem brwi jakbym szukał w mroku tłumacza.

-Ona: Come, come with me. To hotel.

-Ja: [Aj don’t anderrrstand]

-Ona: Ok. For free.

-Ja: [Aj don’t anderrrstand!!!]

-Ona: SEX FOR FREE !!!

To wyznanie tak mną wstrząsnęło, że przypomniało mi się kilka angielskich słówek:

-Ja: [bat łaj for fri?]

-Ona (w rozpaczy): Enjoy! For fun!

Po czym wyjęła z bardzo kusej koszulki lewą pierś rozmiaru trzy i z dumą zachęciła mnie do pilnej nauki angielskiego.

Dodaj komentarz

Close Menu